Przetargi w spółdzielniach to temat wrażliwy, dlatego najlepiej prowadzić je… elastycznie. Czasem według Prawa Zamówień Publicznych, a czasem już nie. Taka selektywna jawność tworzy idealne warunki do kreatywności – zwłaszcza tej finansowej. Przypadek? Oczywiście.
Warunki przetargowe są tak „ambitne”, że konkurencja odpada sama. Agresywne zapisy skutecznie eliminują niepotrzebnych graczy – zostają tylko ci doświadczeni. Doświadczeni w relacjach. Znajomi startują bez stresu, bo wiedzą, że nikt im krzywdy nie zrobi. Reszta, dla bezpieczeństwa, musi wkalkulować ryzyko. Drożej, ale „uczciwie”.
Każdy prawnik spokojnie wyjaśni: umowa doskonale chroni spółdzielnię. To prawda. Szkoda tylko, że przy okazji nie chroni rynku ani zasad równej konkurencji. Umowa jest jak mur – solidny, tylko drzwi prowadzą wyłącznie do właściwych osób.
Po wyłonieniu „zwycięzcy” zaczyna się druga runda gry. Negocjacje za zamkniętymi drzwiami. Co tam się dzieje – nie wie nikt. Jedno jest pewne: jeśli masz dobre relacje z Zarządem, umowa z przetargu trafia do kosza, a ty dostajesz lepszą. Bez świadków. Bez protokołu. Za to z uśmiechem.
Tak działa to od lat. Zarzutów brak. Ci sami wykonawcy wygrywają w różnych spółdzielniach, a gdy Zarząd zmienia adres – oni zmieniają go razem z nim. Mobilność usług. Nowoczesne zarządzanie.
Bilans się zgadza. Papier wszystko przyjmie. A jeśli ktoś pyta? To znaczy, że nie rozumie mechanizmów rynku.




