W Polsce przez lata panowało przekonanie, że prawnik jest niczym jednorożec w todze – rzadki, dostojny i… nietykalny. Okazuje się jednak, że nawet jednorożce tracą rogi, gdy ktoś policzy im faktury. Udowodnienie winy prawnika jest trudne niczym odnalezienie sensu w niektórych postanowieniach sądowych, ale – jak się właśnie okazało – nie niemożliwe.
Dowód? Znany syndyk, do niedawna jeden z najbardziej zapracowanych w kraju, właśnie pożegnał się z licencją. Stało się to dopiero po latach publikacji medialnych, skarg i intensywnego śledztwa. Ministerstwo Sprawiedliwości w końcu uznało, że upadłość to jednak nie program lojalnościowy dla syndyków i „zaprzyjaźnionych” kancelarii.
Teoretycznie celem postępowań upadłościowych jest zaspokojenie wierzycieli. W praktyce – jeśli wierzyć relacjom z sal sądowych i zawiadomieniom do prokuratury – najlepiej zaspokajany bywa syndyk oraz krąg jego wiernych współpracowników. Sztuczne zawyżanie kosztów? Podobno „wypadki przy pracy”. Praca zresztą wyjątkowo dobrze płatna, zwłaszcza gdy nadzór sędziowski ma charakter bardziej dekoracyjny niż rzeczywisty.
Były już syndyk prowadził upadłości wielkich firm, ale także dużej warszawskiej spółdzielni mieszkaniowej – tej z cennymi nieruchomościami w samym sercu stolicy. Bo przecież przypadki chodzą parami, a atrakcyjne grunty same się nie „zrestrukturyzują”.
Dziś resort analizuje kolejne skargi na innych syndyków. Być może to początek końca mitu o zawodowej nietykalności. A może tylko chwilowy reset systemu, który przez lata działał dokładnie tak, jak zaprojektowano – tylko nie dla tych, dla których powinien.


