Przez lata w wielu spółdzielniach mieszkaniowych władza była jak dożywocie – raz wybrana, trwała latami. Rekordziści rządzili po kilkanaście lat, a tajemnica ich długowieczności była banalnie prosta: nie zwoływać Walnego Zgromadzenia. Skoro nie ma walnego, nie ma pytań. Skoro nie ma pytań, nie ma problemu.
Zarządy i rady nadzorcze szybko odkryły, że uproszczony model rządzenia – bez niewygodnych członków, głosowań i kontroli – daje niemal nieograniczoną swobodę. Decyzje zapadają w wąskim gronie, absolutorium przyznaje się w myśl zasady „sami sobie”, a odwołanie władz staje się czysto teoretyczne. Jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, nikt nie widział.
Tymczasem statut mówi jasno: Walne Zgromadzenie jest najwyższym organem spółdzielni. To ono zatwierdza sprawozdania finansowe, decyduje o sprzedaży nieruchomości, o zadłużeniu, o podziale zysków i pokrywaniu strat. To ono może połączyć spółdzielnię, podzielić ją albo… zakończyć jej byt. Krótko mówiąc – powinno trzymać władzę na smyczy.
Gdy walnego jednak nie ma, smycz znika. A razem z nią przejrzystość, kontrola i odpowiedzialność. Zarząd i rada nadzorcza przejmują wszystkie kluczowe decyzje, a członkom pozostaje rola statystów finansujących spektakl, na który nie dostali zaproszenia.
I tak przez lata najwyższy organ spółdzielni pozostawał najwyższy – ale tylko w teorii. W praktyce rządził ten, kto miał klucz do kalendarza.



