Nareszcie. Po latach oczekiwań pojawiły się zmiany w ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych oraz niektórych innych ustaw. Zmiany podpisane 9 stycznia miały uporządkować to, co przez lata było elastyczne jak guma w majtkach.
Jedna z kluczowych nowości? Pełnomocnictwo tylko dla najbliższej rodziny i adwokata. Koniec z masowym hurtowym zbieraniem pełnomocnictw po klatkach schodowych. Demokracja wraca na salę obrad… przynajmniej w teorii.
Pytanie tylko: ilu mecenasów mieści się w jednym autokarze?
Bo wygląda na to, że Zarządy szybko znalazły obejście ducha ustawy. Skoro nie można przyprowadzić dalszej rodziny, sąsiadów i wujków z trzeciego piętra — sprowadzimy całe kancelarie. Walne Zgromadzenie zmienia się więc powoli w zjazd palestry z elementami prawa spółdzielczego.
Formalnie wszystko się zgadza. Przepisy są przestrzegane. Pełnomocnik jest. Nawet kilku. Albo kilkunastu. Interes członków? Cóż — reprezentowany jest… profesjonalnie.
Zmiany miały ograniczyć patologie. W praktyce pokazały jedno: kreatywność Zarządów nie zna granic, a każde nowe prawo to tylko kolejna łamigłówka do rozwiązania. Najlepiej w godzinach pracy kancelarii.
Spółdzielcy mogą więc spać spokojnie. Demokracja zwyciężyła.
Po prostu ma teraz togę, pieczątkę i fakturę VAT.





