Milionowe przekręty, widmo utraty mieszkań i były prezes, który z kamienną twarzą przyznaje, że w organizacji działała grupa przestępcza, choć – co warto podkreślić – on sam absolutnie nie był jej hersztem. Ot, przypadkowy świadek własnych rządów.
Dziś spółdzielnia nie kojarzy się już z zielenią między blokami ani spokojem mieszkańców. Kojarzy się z dziurą budżetową wielkości krateru, z którego – jak wykazał audyt śledczy – wyparowało co najmniej 23 milionów złotych. Bezprecedensowo, ordynarnie i bez większych prób kamuflażu. Jak zauważyli audytorzy: czegoś takiego jeszcze nie widzieli.
Mechanizm był elegancki w swojej prostocie. Fikcyjne usługi, zbędne inwestycje, agresywne umowy. Wygrywał znajomy, wystawiał fakturę VAT, pieniądze wypływały, a w papierach wszystko się zgadzało. Na lustracji również – bo przecież bilans się spinał, a pieczątka była prawidłowa.
Tylko jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi:
dlaczego o tym wszystkim muszą pisać gazety i portale internetowe?
Może dlatego, że cisza bywa wygodna, ale prawda – choć niegrzeczna – czasem dobiega się własnymi drzwiami. I puka. Głośno.




